Rozpoznawanie narodowości mijanych na alpejskich szlakach ludzi przychodzi mi zadziwiająco łatwo - blondwłosi Niemcy rzadko odpowiadają na miejscową odmianę "dzień dobry", ciemnowłości Francuzi są zawsze zadowoleni z życia i uśmiechają się do wszystkich, dobrze ubrani Szwajcarzy zatrzymają auto kiedy tylko zobaczą, że ktoś może chcieć przejść przez jezdnię.
A Polacy... No cóż. Ubrana w długą suknię babcia przy kości z rozwrzeszczanym bachorem u boku robiąca hałas na cały sklep okazała się być, zgodnie z moimi przypuszczeniami, polką. Tak samo hałaśliwa rodzinka z dwójką dzieci. Innym przypadkiem była rodzina, która przyjechała w sobotę wieczorem (już po zamknięciu Interhome), nie znająca żadnych języków obcych. Nie pofatygowali się nawet, by przeczytać informacje przesłane im pocztą przez firmę. Szczęśliwie spotkali Mamuta, inaczej chyba spędziliby całą niedzielę koczując na korytarzu.
Wyprowadzając późnym wieczorem psa na spacer minąłem też zabawnego osobnika, w którym natychmiast poznałem rodaka. Najpierw szedł brzuch, potem reszta ciała, a na końcu zdezorientowana twarz, która nieudolnie próbowała przyjąć wyraz "ja tu jestem panem". Sandały założone na skarpety stanowiły tylko dopełnienie obrazu.
Wnioski z powyższego pozostawiam innym... Ale cóż, każda nacja musi się najwyraźniej czymś dobrym lub złym charakteryzować...
0 komentarze:
Prześlij komentarz